Gimnazjum wspominam jak najbardziej źle. Mówi się, że jest to okres buntu i rzeczywiście tak było w moim przypadku. Najlepiej byłoby, jakbym wymazał ten okres ze swojego życiorysu. Żeby takich sytuacji, jak moja, było mniej, należy mówić, co w gimnazjach jest złego, po to, by najzwyczajniej w świecie je naprawić.

Podział na dobre i złe gimnazja, to nie podział na gimnazja prywatne i publiczne. To podział na szkoły dobrze i źle zarządzane, na szkoły, w których rodzice angażują się w życie szkoły, lub nie. I na koniec, to szkoła, w której są zdrowe zasady odpowiedzialności. Nagrody za sukcesy, kary za porażki. Premie i nagany, a nie tylko szóstki i jedynki.

Prywatyzacja to pójście na łatwiznę. Edukacja, przynajmniej na poziomie gimnazjum, powinna być całkowicie bezpłatna. Nie będę już rozwodził się nad tym, że książki każdy uczeń powinien dostawać za darmo. Skoro nauczyciele wciąż zarabiają na tyle marnie, że nie chce im się angażować w prowadzenie zajęć, to skąd wziąć forsę na darmowe książki? Zanim zaproponuję kilka zmian, napiszę, co w moim gimnazjum było słabe oraz dlaczego – co wcale nie przychodzi mi tak łatwo – wspominam je tak źle.

Jak było

Moja nauczycielka od chemii miała specyficzne poczucie humoru. Gdy któryś niesforny uczeń zaszedł jej pod skórę, zwykła mawiać: „Jak Cię zaraz machnę, to tylko czerwona plama na ścianie zostanie”, a gdy ktoś nieśmiało zapytał o możliwość poprawy, odpowiadała: „W domu to ja dziecku obiad mam zrobić, a nie Wasze wypociny sprawdzać”. Z żartów jednak nikt się nie śmiał, być może nikt ich nie rozumiał. Na lekcjach wszyscy siedzieli jak na szpilkach, nikt nieproszony się nie odzywał. Czy to przekładało się na dobre oceny? Skądże. Uczniowie bali się przychodzić na zajęcia, wyrywani do odpowiedzi nie potrafili skleić normalnego zdania. A później dziwota, że uczniowie są agresywni, jak uczą ich tyrani.

Moje gimnazjum miało renomę najgorszego w mieście. Klasy po 30-kilka osób nie sprzyjały efektywnej nauce. Chociaż w mojej klasie średnio na zajęciach było po kilkanaście osób, bo ludzie lubowali się w wagarowaniu. Też byłem jednym z nich, choć gdy moi koledzy nie przeszli do następnej klasy, a ja ze średniej 4,9 w pierwszym półroczu spadłem na 4,0 w drugim (najgorsza średnia ever), stwierdziłem, że czas wziąć się garść. I nawet z chemii miałem piątkę. A co słychać u moich kolegów? Jeden „dorobił się” potomstwa z córką nauczycielki, inny kształci się w ZDZ, a jeszcze inny wypalił już sobie mózg.

Szacunek – tego brakowało na poziomie każdych relacji. Uczniów z nauczycielami, nauczycieli z uczniami, ale także rodziców z nauczycielami (tu rzadziej, ale gdy Jaś nazwie nauczycielkę krową, a ojciec poklepuje go po ramieniu, to coś tu nie gra).

A jak powinno być

Gdyby wprowadzić w szkole regularne spotkania dyrektora z rodzicami oraz dyrektora z uczniami? Dyrektor mówiłby rodzicom o problemach, z jakimi boryka się szkoła, o konkretnych przypadkach agresji. Wszystko oficjalnie, konkretnie i szczerze, a nie pod nosem i za czyimiś plecami. A uczniowie na podobnym spotkaniu z dyrektorem mogliby otwarcie wyżalić się na nauczycieli, a nie donosić (tak, jak to miało miejsce w moim gimnazjum).

Profil iktomaracje.pl na Facebooku – 542 fanów. Plus jeden? »

Wszelkie hospitacje powinny być po pierwsze przeprowadzane częściej, a po drugie nie powinny być zapowiadane. Takie pokazowe lekcje przypominały mi sytuacje rodem z PRL, kiedy to farbowano trawę na zielono, tylko po to, by pierwszy sekretarz był zadowolony.

Owszem, powrót do 8-klasowych podstawówek i 4-klasowych liceów jest bardzo dobry. Śmiesznie brzmi argument, że wprowadziłoby to niepotrzebne zamieszane, bo czym innym, jak nie zamieszaniem właśnie, są coroczne zmiany w egzaminach, wprowadzanie nowych książek, czy przeróżnych zmian, o których nawet nie mam pojęcia, bo, tak jak mówiłem, o gimnazjum wolałbym zapomnieć. Warto jednak się ogarnąć, wziąć do pracy, żeby nikt nie zwracał się do nauczycieli „ale ma Pani zajebiste mokasyny”, a w przerwie między zajęciami nie chodziło się na wino. Chociaż od kogo mieliby się uczyć, skoro od nauczycieli nierzadko było czuć alkoholową woń? True story. Bo problem tkwi w nas.

Tekst pochodzi ze strony www.iktomaracje.pl. Wejdź i oceń, czy autor ma rację.