Kartka z kalendarza: 1 sierpnia 2011 roku. Rocznica wszystkim znana. Jakieś wnioski? Tak, wiele. Ale o jednym muszę powiedzieć. Wniosek podstawowy i bolesny - Polacy nie potrafią uczcić zmarłych w obliczu innych problemów. Malkontenci znajdą się zawsze i wszędzie. Po co pamiętać i "celebrować" klęski - zapytają jedni. By uczcić zmarłych - odpowiadają drudzy, lecz Ci są raczej w mniejszości.

Nie jestem Warszawiakiem i nigdy nie będę, mimo że mieszkam tutaj rok. Nie będę, bo się tutaj nie urodziłem, a dla mnie, człowieka, który mieni się być lokalnym patriotą, miejsce urodzenia to nie wpis w dowodzie tożsamości, lecz tożsamość właśnie.

Widziałem dzisiaj dużo starszych osób w mundurach (zwłaszcza, że na lotnisku witałem uczestników Kongresu Oficerów Rezerwy), jakoś bardziej automatycznie niż zwykle ustępuję miejsca w komunikacji miejskiej, jakoś od razu czuję respekt, szacunek. Dlaczego? Bo wiem, że są to osoby, które walczyły za wolność stolicy mojego kraju. W takim dniu wręcz nie potrafię myśleć o problemach innych, problemach Polski, problemach w ogóle. Dziwię się osobom, które mimo wszystko brodzą w tym, żeby nie przesadzić, malkontenctwie.

W takim dniu myślę o osobach, które zginęły, nie oceniając Powstania Warszawskiego jako nieudanej zbrojnie akcji, lecz jako pospolite ruszenie ludzi, dla których wolność była priorytetem. Śmiem twierdzić, że bardziej bali się tego, że ich kraj znów może stracić niepodległość niż tego, że oni mogą stracić własne życie. Tu jest clue sprawy. Przemyśl to.